• Rzymskokatolicka Parafia św. Antoniego z Padwy
  • ul. Senatorska 31, 00-099 Warszawa
  • tel. 22 827 15 20

Nasi Święci

Nasi Święci

Św. Franciszek z Asyżu (1182-1226) – jeden z najbardziej kochanych i podziwianych Świętych – nie tylko przez ludzi wierzących. Pół-Włoch, pół-Francuz (matka, Pika, pochodziła z Prowansji). Niekoronowany król asyskiej młodzieży (w 2006 roku papież Benedykt XVI nazwał go nawróconym playboyem).

Kiedy wiosną 1206 roku wszedł do ruin kościoła św. Damiana pod Asyżem, usłyszał Chrystusa, mówiącego z krzyża: „Franciszku, idź, odbuduj Mój dom, bo widzisz, że popada w ruinę”. Spotykając na swej drodze trędowatego – ucieka. A potem wraca do niego i z miłością go całuje.
Jako syn bogatego kupca miał wszystkiego pod dostatkiem, pewnego dnia zostawia wszystko i postanawia żyć ubogo. I dla ubogich.

Wielu ludzi patrzy na niego jak na szaleńca (co się dziwić, skoro w obecności biskupa i całego miasta rozbiera się do naga, oddaje rzeczy swojemu ojcu, i oznajmia: „Do tej pory mówiłem: ojcze mój, Pietro di Bernardone. A od tej pory będę mówił: „Ojcze mój, który jesteś w Niebie”). Jednak w tym szaleńcu jest coś niezwykłego. Na tyle niezwykłego, że przyłącza się do niego bohater wypraw krzyżowych, Bernard de Quinavalle, a za nim – śmietanka asyskiej młodzieży.

Franciszek spełnia prośbę Chrystusa – odbudowuje kościółek San Damiano. Biograf Franciszka, generał Zakonu a potem kardynał, św. Bonawentura, stwierdził, że Jezusowi nie tyle chodziło o zrujnowany kościółek pod Asyżem, ile raczej o walący się Kościół powszechny. Szerzące się w Europie herezje powodowały, że całe miasta i wsie przechodziły na stronę wrogów Kościoła.

O Franciszku mówi się, że zrewolucjonizował Kościół. Zgadza się. W czasach, kiedy wielu ludzi odwróciło się od papieża, Franciszek pokazał, jaką siłę ma posłuszeństwo papieżowi. Franciszek nie zamierzał robić niczego bez błogosławieństwa Kościoła.

Kiedy przed papieżem Innocentym III stanął jakiś obdartus, papież wysyła go do świń. Następnego dnia Franciszek znów stanął przed Innocentym, i powiedział mu: „Wczoraj wysłałeś mnie do świń. Spędziłem z nimi noc. A teraz mnie wysłuchaj”. Papież zrozumiał, że stoi przed nim człowiek radykalnego posłuszeństwa. Popatrzył na niego, i rozpoznał w nim człowieka ze snu. Innocentemu śniło się, że bazylika św. Jana na Lateranie („Matka i Głowa kościołów Miasta i świata” – symbol Kościoła powszechnego) zaczyna się walić. I nagle podchodzi do niej człowiek w ubogim odzieniu i podtrzymuje ją ramieniem.

Franciszek odbudował Kościół. Od czego zaczął?

Kiedy wszedł do ruin San Damiano, usłyszał, że trzeba odbudować kościół. Św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (6, 19) napisał, że ciało człowieka jest świątynią Ducha Świętego. Kiedy więc Franciszek usłyszał słowa: „Franciszku, idź, odbuduj Mój kościół, bo widzisz, że popada w ruinę” – wziął je bardzo do siebie. Zrozumiał to bardzo dosłownie: „Chłopie, ogarnij się! Jesteś ruiną! Odbuduj się, zreperuj! Zrób generalny remont! Franciszku, zmień swoje życie!”.

Warto tego uczyć się od Franciszka…

W naszych franciszkańskich kościołach poniedziałki poświęcone są św. Franciszkowi. Zapraszamy w każdy poniedziałek na Mszę świętą o godz. 18.00 (z wyjątkiem Uroczystości), kiedy modlimy się przy relikwiach św. Franciszka o nowe, święte powołania do Służby Bożej (także dla Franciszkańskiego Zakonu Świeckich). Po Mszy świętej przez pół godziny Pan Jezus jest wystawiany w Najświętszym Sakramencie do adoracji w ciszy (pół godziny). Adorację kończymy kompletą. Serdecznie Cię zapraszamy do tej poniedziałkowej modlitwy – jeśli nie jest Ci obojętna jakość pasterzy Kościoła.

Uroczystość odpustowa w naszej Parafii: 4 października.

Św. Antoni z Padwy (1195-1231) – urodził się w Lizbonie w Portugalii. Na chrzcie otrzymał imię Ferdynand. W Lizbonie uczęszczał do szkoły katedralnej. Około piętnastego roku życia wstąpił do klasztoru Kanoników Regularnych św. Augustyna. Po dwóch latach przeniósł się do klasztoru Santa Cruz w Coimbrze i tam zdobył solidne wykształcenie, poznając Pismo Święte i naukę Ojców Kościoła. W 1219 roku został wyświęcony na kapłana, a w rok później przeżył bardzo głęboko uroczystość przewiezienia do Coimbry relikwii pięciu męczenników franciszkańskich, którzy ponieśli śmierć męczeńską w Maroku. Ferdynand poznawszy duchowość św. Franciszka z Asyżu, za wiedzą swoich przełożonych, przeniósł się do franciszkanów, przyjmując ich habit i zmieniając swoje imię na Antoni. Pragnął pójść w ślady męczenników i dlatego udał się z posługą misyjną do Maroka, jednakże tam ciężko zachorował i musiał wracać do kraju. Statek gnany burzą morską zawinął na Sycylię, skąd Antoni pojechał na Kapitułę Generalną Zakonu do Asyżu w 1221 roku, gdzie spotkał się ze św. Franciszkiem.

Wkrótce Antoni dał się poznać jako wybitny kaznodzieja, ustanowiono go więc głównym kaznodzieją Zakonu, aby głosił Słowo Boże i zwalczał błędy innowierców.

Nasz Patron przemierzał wsie i miasta, nawołując do pokuty i poprawy życia.  Głosił Słowo Boże w północnych Włoszech i południowej Francji. Sława kaznodziejska Antoniego dotarła do Rzymu. Papież Grzegorz IX w 1228 roku, poprosił go, by wygłosił kazanie dla niego i pielgrzymów przybywających do Rzymu.

Święty w dalszym ciągu pracował głównie jako kaznodzieja, ale dał się poznać jako profesor teologii, którą wykładał swoim braciom zakonnym, w duchu św. Augustyna. W roku 1230 Antoni przybył do Padwy. Wokół niego gromadziły się tysiące wiernych, których doprowadzał do poprawy życia, skutecznie zwalczał lichwę, więzienie dłużników i wyzyskiwanie biednych. Wyczerpany nadmierną pracą kaznodziejską nasz Patron zmarł 13 czerwca 1231 roku w opinii świętości, w klasztorze sióstr klarysek w Arcella koło Padwy. W następnym roku (30 maja 1232) papież Grzegorz IX kanonizował Antoniego, natomiast papież Pius XII w roku 1946 ogłosił go doktorem Kościoła.

Kult św. Antoniego rozwinął się bardzo szybko nie tylko w Italii, ale też w całym świecie chrześcijańskim. Ku czci Świętego powstało wiele bractw i kilka zakonów. Ludwika Bouffier zainicjowała w 1890 roku w Tuluzie we Francji dzieło zwane: „Chleb św. Antoniego”, tzn. jałmużna dla ubogich. Św. Antoni jest patronem franciszkanów, sióstr antonianek i antoninek, mieszkańców Lizbony, górników, małżonków, narzeczonych, położnych i ubogich.

Najbardziej jest dla nas znany jako patron zagubionych ludzi i rzeczy. W ikonografii ukazuje się św. Antoniego w habicie franciszkańskim. Do charakterystycznych atrybutów należą: książka (symbol nauki) i lilia (symbol niewinności), czasami Święty występuje z sercem płomiennym lub samym płomieniem na dłoni. Św. Antoni jest przedstawiany z Dzieciątkiem Jezus.

W każdy wtorek o godz. 8.00 i 18.00 odprawiamy Msze święte w intencji wszystkich podziękowań i próśb, jakie kierujemy do Boga przez wstawiennictwo św. Antoniego z Padwy. Intencje te można składać do puszki przy ołtarzu św. Antoniego lub wysłać je na e-mail: senatorska.franciszkanie@gmail.com

Uroczystość odpustowa w naszej Parafii: 13 czerwca.

Św. Jan Paweł II (1920-2005) – o tym Człowieku nie trzeba dużo pisać. Wielu ludzi doskonale pamięta Jego pontyfikat tak ważny dla Kościoła, dla Polski i dla świata. Nasza Parafia jako pierwsza miała zaszczyt gościć Ojca Świętego podczas pierwszej pielgrzymki do Polski. Co prawda Ojciec Święty nie wszedł do naszego kościoła, ale to na terenie naszej Parafii – na Placu Zwycięstwa (dziś Plac Piłsudskiego) – wybrzmiały prorocze słowa Papieża Polaka: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.
1 czerwca 2019 roku – w przeddzień 40. rocznicy tej Mszy – ks. kard. Kazimierz Nycz uroczyście wprowadził do naszej świątyni relikwie św. Jana Pawła II. W kazaniu powiedział: „To Wasza Parafia jest pierwszym świadkiem wielkich przemian w Polsce”.

W każdą środę o godz. 18.00 przyzywamy wstawiennictwa św. Jana Pawła II, modląc się za rodziny – zwłaszcza za te, które się chwieją. Naszą szczególną modlitwą otaczamy małżeństwa zmagające się z problemem bezdzietności. W wielu przypadkach wstawiennictwo św. Jana Pawła II okazało się w tym temacie bardzo skuteczne.

Wspomnienie liturgiczne: 22 października.

Św. José Sánchez del Río (1913-1928) przyszedł na świat 28 marca 1913 roku w Meksyku, w miasteczku Sahuayo. Był jednym z siedmiorga rodzeństwa. Jego ojciec, Macario, był bogatym hodowcą bydła. Matka, María, zajmowała się domem.

W 1924 roku prezydentem Meksyku został Plutarco Calles. Mówił o sobie, że jest osobistym wrogiem Boga i antychrystem. I niestety tak się zachowywał. W 1926 roku Calles wypowiedział Kościołowi otwartą wojnę: kazał pozamykać kościoły, zakazał sprawowania sakramentów, rozwiązał zakony, za spowiedź czy Eucharystię groziła śmierć. To wszystko spowodowało, że katolicy postanowili walczyć o swoje prawa. Powstańcy, którzy nazywali siebie cristeros, chwycili za broń i mówili: „Nigdy nie było tak łatwo wejść do nieba”. Właśnie to zdanie widnieje na szarfie, którą na obrazie kanonizacyjnym namalowano świętemu José Sánchezowi.

Kiedy dorośli walczyli o wolność religijną, rzeczą naturalną stało się to, że i w bardzo młodym José zrodziła się chęć walki. Długo prosił rodziców o zgodę na dołączenie do oddziałów cristeros. Jego upór spowodował, że rodzice – choć z wielkim bólem – udzielili mu błogosławieństwa.

W ten sposób José wraz z przyjacielem, Lorenzo, dotarli do oddziałów cristeros. José był zbyt młody, by chwycić za broń i walczyć, ale pomagał żołnierzom tak jak umiał: nosił wodę, rozpalał ogień, rozdawał kawę, mył naczynia, dbał o konie, czyścił broń, napełniał pasy z nabojami, a będąc pod rozkazami generała Morfina, dbał o sztandar jak o największą świętość. Popołudniami odmawiał różaniec z innymi cristeros.

Podczas jednej z walk został trafiony koń generała Morfina. Wszyscy wokoło się rozpierzchli. Wtedy José oddał generałowi swojego konia, mówiąc: „Pan jest bardziej potrzebny niż ja. Viva Cristo Rey!”. Generałowi udało się uciec, zaś José został pojmany.

Na cztery dni przed śmiercią, 6 lutego 1928 roku, święty José pisze list do matki: Kochana Mamo, dziś pojmano mnie w walce. Myślę, że niedługo umrę, ale nie przejmuj się tym, Mamo. Poddaj się woli Bożej; zginę rad, ponieważ zginę niepokonany u boku naszego Pana. Nie bolej nade mną – ta obawa mnie dręczy. Raczej powiedz mojemu rodzeństwu, żeby szło za przykładem, jaki dał mu najmłodszy brat. Ty poddaj się woli Boga. Bądź dzielna i przyślij mi swoje błogosławieństwo razem z błogosławieństwem ojca. Pozdrów wszystkich ode mnie po raz ostatni i przyjmij na koniec wyrazy miłości od Twego syna, który tak Cię kocha i pragnął Cię zobaczyć, zanim umrze. José Sánchez del Río.

José Sánchez został uwięziony w kościele. Z wielkim bólem stwierdził, że świątynia, w której otrzymał chrzest, bierzmowanie i przyjął I Komunię świętą, została zamieniona w stajnię i składzik: wszędzie koński nawóz, puste butelki, resztki jedzenia, wszechobecny brud i smród. A do tego koguty bojowe, które wspinały się na ołtarze, balaski i ambonę. Jeden z nich usadowił się na tabernakulum. Widać było, że przywykł to święte miejsce traktować jak swoją grzędę, gdyż wielkie ślady ekskrementów plamiły drzwiczki tabernakulum. Dla świętego José to było ponad siły. W wielkim gniewie złapał koguty i ukręcił im łby. Wściekłemu właścicielowi kogutów bojowych powiedział: „Dom Boży nie jest areną do walki ani zagrodą”.

Następnego dnia żołnierze urządzają okrutne przedstawienie, byleby złamać świętego José. Bez żadnego wyjaśnień, bez procesu, bez wyroku – w centrum miasta na oczach świętego José wojskowi wieszają jego przyjaciela, Lorenzo. José płacze. I w rozpaczy krzyczy: „Mnie też zabijcie!”.

Ale wojskowi zabierają go z powrotem do kościoła. W tym samym czasie na cmentarzu okazuje się, że Lorenzo przeżył to powieszenie. Kiedy tylko poczuł się lepiej, wrócił do oddziałów cristeros, którzy nazwali go Łazarzem.

Nadszedł ostatni dzień życia świętego José Sáncheza del Río – 10 lutego 1928 roku. Spytano go o ostatnie życzenie. Poprosił o kartkę i ołówek, by napisać list pożegnalny. Adresuje go do ciotki. Tłumaczy, że nie jest w stanie napisać do matki. W liście prosi o spotkanie z ciotką Magdaleną. Ta – w tajemnicy – przynosi Mu Komunię.

Nastał wieczór. Czternastolatka poddano niewyobrażalnym torturom: oprawcy bili go brutalnie, pocięli mu podeszwy stóp, zdarli z nich skórę, a potem kazali mu na boso iść na cmentarz. Przez całą drogę święty José wykrzykiwał: „Niech żyje Chrystus Król! Niech żyje Dziewica z Guadalupe!”. Na cmentarzu złamano mu szczękę, a potem otrzymał trzy ciosy nożem: w pierś, w szyję i w plecy. Za każdym pchnięciem, coraz cichszym głosem powtarzał: „Viva Cristo Rey! – Niech żyje Chrystus Król!”. Kiedy dowódca spytał z drwiną w głosie: „Co mam powiedzieć twojemu ojcu?”, José odpowiedział: „Powiedz mu, że spotkamy się w niebie. Viva Cristo Rey!”. To były jego ostatnie słowa. Dowódca wyciągnął pistolet, przyłożył lufę za prawym uchem i pociągnął za spust. José zginął niepokonany u boku Chrystusa Króla. Następnego dnia mieszkańcy Sahuayo przyszli zebrać krew José Sáncheza. Nikt nie miał wątpliwości, że są to relikwie Świętego Męczennika.

Kanonizował Go Papież Franciszek, podczas uroczystej Mszy świętej na Placu Świętego Piotra w Watykanie 16 października 2016 roku.

Czyim Patronem jest św. José i z jakimi sprawami można się do Niego zwracać? 1. ze względu na okrucieństwo, jakiego zaznał, módlmy się przy Jego relikwiach w bardzo ważnej intencji – za dzieci, które doznają przemocy: fizycznej, psychicznej i moralnej, 2. jest patronem ludzi młodych – przychodźcie więc do Niego, by modlić się za swoje dzieci i wnuki, by się nie pogubiły w życiu, by miały mocny kręgosłup moralny, 3. jest patronem niezachwianej wiary. Przychodźcie do Niego, kiedy Wasza wiara się chwieje i potrzebuje umocnienia, 4. ze względu na prześladowania – jest patronem wszystkich, którzy doznają prześladowań. Przyzywajmy Jego opieki nad naszymi Siostrami i Braćmi, których życie jest zagrożone tylko dlatego, że wierzą w Pana Jezusa.

W każdy piątek (z wyjątkiem uroczystości) po Mszy świętej o godz. 18.00 modlimy się przy relikwiach św. José, przyzywając Jego wstawiennictwa w naszych intencjach.

Wspomnienie liturgiczne: 10 lutego.

Bł. Pier Giorgio Frassati (1901-1925) – zastanawialiście się kiedyś, jak to się stało, że ks. Karol Wojtyła zaczął zabierać młodych ludzi na wspólne wypady: w góry, na spływy kajakowe? Okazuje się, że ks. Wojtyła tego nie wymyślił. Któregoś dnia usłyszał o młodym człowieku, Włochu, który założył dla swoich rówieśników założył Towarzystwo Ciemnych Typów i zabierał ich w góry, by w ten sposób pomagać im zbliżyć się do Boga. Jego życie pokazuje, jak bardzo świętość może wykroczyć poza utarte schematy.

 

Frassati urodził się 6 kwietnia 1901 roku w Turynie, we wpływowej rodzinie. Jego ojciec jest politykiem, senatorem Królestwa Włoch i Republiki Włoskiej, właścicielem jednej z najważniejszych codziennych gazet – La Stampy oraz ambasadorem Włoch w Berlinie. Matka – malarka, która przyjmowała zamówienia na obrazy m.in. od króla Wiktora Emanuela III. Miała trudny, apodyktyczny charakter. Znana jest taka sytuacja, kiedy młody Pier Giorgio idzie z mamą w góry. „Chce mi się pić” – mówi do mamy. „Masz w ustach ślinę, to pij” – to była jej odpowiedź.

W domu niewiele mówiło się o wierze. Atmosfera w rodzinie często bywała napięta. Rodzice nie rozumieli Piotra Jerzego. A jednak ich kochał. Mimo że byli trudni.

Kochał sport, zaczytywał się w dziełach Dantego. Na Politechnice Królewskiej w Turynie wybrał kierunek inżynieria górnicza. Pasję do polityki odziedziczył po ojcu. Ale postrzegał to także jako chrześcijański obowiązek. Kiedy Włochami zawładnął faszyzm, walczył z nim z całej siły.
Należał do wielu stowarzyszeń: Apostolstwa Modlitwy, Konferencji św. Wincentego a Paulo, Uniwersyteckiej Federacji Katolików Włoskich i Włoskiej Młodzieży Katolickiej oraz do skautów. Był tercjarzem dominikańskim. Zawsze miał różaniec w kieszeni.

Na rok przed śmiercią – mając 23 lata – założył Towarzystwo Ciemnych Typów. Jego siostra, Luciana (później żona polskiego dyplomaty, Jana Gawrońskiego) mówiła o Towarzystwie Ciemnych Typów: Pod wątłą strukturą Towarzystwa i jego żartobliwym statutem kryły się wyższe cele… było to prawdziwe stowarzyszenie modlitwy.

Piotr Jerzy był codziennie na Mszy świętej. Jego siostrzenica, Wanda Gawrońska, wspomina ze śmiechem, że nie umiał śpiewać, ale darł się na całe gardło. Udało mu się nakłonić znajomych, by uczestniczyli razem z Nim we Mszy świętej przed wyjściem w góry o 5.00 rano. Potrafił o 22.00 dzwonić po parafiach z pytaniem, który ksiądz o 5.00 odprawi dla Mszę dla Niego i dla grupy. Wspólnie uprawiali wspinaczkę. Nieraz spędzał całą noc na adoracji.

Czerpał z życia pełnymi garściami. Pykał fajkę. Zostały po nim zdjęcia, na których widać, jak świetnie się bawi z przyjaciółmi przy beczułce wina (w procesie beatyfikacyjnym kilku duchownych było zgorszonych tymi zdjęciami; najlepszy dowód, że na obrazie beatyfikacyjnym, który był namalowany na bazie zdjęcia Pier Giorgia w górach, gdzie trzyma fajkę w zębach – tę fajkę mu wymazano).

Piotr Jerzy twierdził, że katolik nie może być smutny. Może cierpieć, ale cierpienie nie może odebrać człowiekowi radości. I radość Piotra Jerzego była zaraźliwa. O Ciemnych Typach mówił: „Mało nas, ale dobrych jak makaron”.

Coś, co łączy Ciemne Typy to wiara. Ale wiara przeżywana w sposób radosny. Jedynym wymogiem przynależności do grupy jest jedno „Pod Twoją obronę” odmawiane w intencji grupy. Ty modlisz się za grupę – grupa modli się za Ciebie. Czujecie? To jest właśnie Kościół. W Kościele nie chodzi o prywatę. Popatrzcie, często jest tak, że przychodzimy sobie raz w tygodniu do kościoła, by pozałatwiać z Panem Bogiem nasze osobiste interesy. Przy założeniu Ciemnych Typów Frassatiemu chodziło o to, że modlisz się za grupę, a grupa modli się za Ciebie.

Towarzystwo Ciemnych Typów to ludzie, którzy mają otwarte oczy na potrzebujących. Jako syn włoskiego senatora Pier Giorgio ma do dyspozycji samochód z szoferem. Ale woli drałować na piechotę, albo tłuc się trzecią klasą w pociągach – a zaoszczędzone pieniądze rozdaje biednym. W swoich kieszeniach ma mnóstwo notatek z adresami osób potrzebujących pomocy. Często wraca do domu bez marynarki czy butów. Roznosi paczki żywnościowe, kupuje lekarstwa, robi zastrzyki. A w domu nikt nic o tym nie wie, nikt się nie interesuje.

Pier Giorgio rozumiał charytatywność nie jako „dawanie czegoś”, ale jako oddawanie siebie. Mówi: Jezus przychodzi do mnie każdego dnia w Komunii, i odpłacam Mu się w ten sposób, odwiedzając ubogich. Mówi również: Nasze zdrowie powinno być ofiarowane na rzecz tych, którzy go nie mają. Jeśli postępujemy inaczej – oszukujemy Boga. To mocne zdanie – zwłaszcza w kontekście obecnie panującej pandemii. Posłuchajcie go jeszcze raz: Nasze zdrowie powinno być ofiarowane na rzecz tych, którzy go nie mają. Jeśli postępujemy inaczej – oszukujemy Boga.

Ktoś może powiedzieć: „Jestem zbyt chory, by jeszcze komuś pomagać. Jestem za stary, i nie mam już sił. To mnie się należy pomoc”.

Niedawno zmarła nasza Parafianka, Pani Pelagia. Miała 105 i pół roku. Często zadawała mi pytanie: „Ojcze, czemu Bóg mnie tu jeszcze trzyma?”. Po czym wyjmowała różaniec. Oto, dlaczego, Kochana Pelagio, byłaś potrzebna temu światu!

Frassati stawia nam dzisiaj bardzo mocne pytania: Co dobrego zrobiłeś w czasie pandemii? Komu pomogłeś? A komu nie pomogłeś?

Pier Giorgio Frassati – student (mający czasem problemy z nauką), młody polityk. W 1922 roku napisał do członków koła „Milites Mariae” słowa, które są bardzo potrzebne nam teraz – przed wyborami: My, którzy z łaski Bożej jesteśmy katolikami (…), musimy się zahartować do sprostania walkom, jakie z pewnością stoczyć musimy, aby wypełnić nasz program i zapewnić naszej Ojczyźnie, w niedalekiej przyszłości, dni radośniejsze i społeczeństwo moralnie zdrowe. A do tego wszystkiego trzeba nieustannej modlitwy, by otrzymać od Boga tę łaskę, bez której nasze siły są daremne. Nieustannie się modlić za Ojczyznę – to kolejna rzecz, jakiej uczy ten młody Błogosławiony.

Zmarł 4 lipca 1925 roku, mając zaledwie 24 lata. Dokładnie tego samego dnia, 33. lata później na biskupa zostaje wybrany człowiek, który wyniesie Frassatiego do chwały ołtarzy – Karol Wojtyła.

Frassati zaraził się chorobą Heinego-Medina od biednego, którego pielęgnował. Umierał sparaliżowany, bez narzekania, w zupełnej samotności, gdyż w tym samym czasie umierała Jego babcia, i rodzina była skupiona na jej śmierci.

Dzień wcześniej ostatkiem sił napisał notatkę, w której tłumaczył, komu jeszcze trzeba pomóc. Mówił: dzień mojej śmierci będzie najpiękniejszym dniem mego życia.

Pogrzeb Piotra Jerzego wyprowadził na ulice ogromne tłumy. Przyszli ubodzy, opuszczeni. Rodzice dopiero wtedy się zorientowali, jak niezwykły był ich syn.

Mówił: „Verso l`alto!” – W górę! Znajomi mieli na niego tylko jedno określenie: „Lawina Życia”.

Piotr Jerzy pokazuje, że świętość to normalność. Jego pasją był Jezus, dlatego wszystko robił z pasją. I powtarzał w kółko: Nie można wegetować, trzeba żyć!

W każdą niedzielę, podczas Mszy akademickich o godz. 20.00, przyzywamy wstawiennictwa bł. Piotra Jerzego Frassatiego – patrona studentów, Ciemnych Typów, miłośników gór i sportowców.

Boże, nasz Ojcze, daj nam odwagę wzbić się wyżej, uciec od pokus przeciętności i banału. Uczyń nas zdolnymi, jak Piotr Jerzy, otworzyć się na rzeczy wielkie, z jego mocą i wytrwałością, i przyjąć z radością Twoje zaproszenie do świętości. Nie pozwól, byśmy przez fałszywą skromność uważali, że nie jesteśmy do niej powołani, lub że jest ona ponad nasze siły. Przez wstawiennictwo Piotra Jerzego Frassatiego obdarz nas łaską, o którą Cię prosimy, a także mocą podążania z wiernością drogą, która prowadzi „ku górze”. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Wspomnienie liturgiczne: 4 lipca.